Przez najbliższy miesiąc do zobaczenia w Piwnicy Kany. A na zdjęciu najbardziej subtelna z propozycji autora: sekwencja „Linoskoczek”. To jednocześnie klucz do całej wystawy: tym kluczem jest odwracanie hierarchii i przywoływanie przeszłości. Surrealistyczny grzybek, ani jest opłacalną inwestycją na komercyjnej działce, ani nie jest szacownym pomnikiem ofiar przeszłości. Jest wspomnieniem codzienności, nawyków, które już nie powrócą. Przestrzeń centralna została w tych pracach zamieniona w intymny, ale wspólny dla mieszkańców pamiętnik. Historia miasta to historia codziennego świata jego mieszkańców, dzięki której przestrzeń uzyskuje swoje znaczenie. Miejsca coś znaczą dla nas, bo podskórnie pulsuje w nich nasze doświadczenie i doświadczenie minionych pokoleń. Suszenie prania na miejskim podwórzu, cyrkowy występ kuglarzy dla gawiedzi zgromadzonej na rynku, dominacja wież kościoła – to wszystko ciągle w mieście jest, nie zniknęło wraz z nowoczesnością.

Więcej i zdjęcia: tutaj

Zwykle uważa się, że gwałtowne formy protestu realizowane są przez młodych i wykluczonych (prekariat), ale okazuje się, że swoje niezadowolenie w sposób wrzaskliwy mogą demonstrować także ci, którzy posiadają spore zasoby i którzy mają 50 i więcej lat. W 2010 niemieckim słowem roku był Wutbürger, zbiorowy bohater tekstu zamieszczonego w Der Spiegel. To mieszczanin, który wybucha, bo doświadcza frustracji związanej z określonymi decyzjami politycznymi. Jest starszy, wykształcony, dobrze uposażony i raczej pośrodku w swoich poglądach, ale przede wszystkim potrafi być (co nie znaczy, że taki jest ciągle) wściekły na arbitralność decyzji władz lokalnych.  Zaczęło się od protestu przeciw nowej stacji kolejowej w Stuttgarcie, gdzie na demonstracjach można było zobaczyć więcej siwych głów niż zwykle (2/3 uczestników miało więcej niż 46 lat).

Zdefiniowany najpierw jako termin w publicystyce, doczekał się już pierwszych socjologicznych i psychologicznych opracowań. W Hamburgu w lokalnej gazecie zamieścili nawet mapkę z zaznaczonymi dzielnicami, w których wkurzeni mieszczanie protestują. Zjawisko to ciekawe, ponieważ pokazuje zupełnie nowe oblicze politycznego środka i tych segmentów struktury, które zwykliśmy uważać za zadowolone z życia. Ale też Małżonka moja twierdzi, że to tradycja ‘68 roku i wyrzut sumienia, że od złotych lat protestu Wutbürgerzy zajęci byli zarabianiem pieniędzy. I teraz przypomnieli sobie o obywatelskich obowiązkach (pewnie dlatego przez innych komentatorów są nawet określani jako samolubni przedstawiciele burżuazji np. tutaj). Spory artykuł na ten temat w Wikipedii (po niemiecku) i w New York Times. (podziękowania dla Sary Braun z biura Angewandte Sozialforschung, która mi o tym opowiedziała!)

Niby efekt miniaturek znany i wypróbowany w filmach o miastach, ale zawsze się to miło ogląda. Miasto portowe, krajowe, więc doskonale. I te małe stateczki. Dla odmiany po wpisach o wojnie i traumie, niech będzie ładnie:

TRICITY from VELOUR on Vimeo.


Hamburg. Zawody hippiczne. Wyścig koni trzylatków. Fragment wyścigu. Hamburg, lipiec 1940 r. Syg NAC 2-15359

To, że miasto jest hipertekstem, to nie tylko metafora. Zamieszczony obok a napotkany w Hamburgu plakat niedawnej demonstracji antyfaszystowskiej z hasłem Der Tod ist ein Meister aus Deutschland doprowadził mnie do wiersza Paula Celana pt. Todesfuge i dalej do strony z poezją Sfereo, gdzie kontekst i kilka polskich tłumaczeń zamieszczono.  Inne wiersze Celana tutaj.

Bolesław Limanowski (1835-1935). Fot.: NAC

“Organiczna spójnia, która utrzymywała ród w całości, staje się również osnową życia gminnego. Tą spójnią jest wspólność, powszechność interesów, solidarność wszystkich członków. Wyraża się to w samej nazwie gminy, zwłaszcza w językach romańskich. Komunizm i komuna mają jedno pochodzenie. W dokumentach gminnych, ogłaszanych w ostatnich czasach przez badaczy zycia gminnego we Francji, wyraz c o m m u n nieustannie się powtarza. Jest ziemia wspólna, są domy wspólne, jest szkoła wspólna, jest jałmużna wspólna (Aumone commune), są zakłady dla chorych i ubogich, leczonych i utrzymywanych „a frais communs” na wspólny koszt. Kiedy pod wpływem czynników zewnętrznych, obcych ta spójnia słabnie, w gminie uwydatnia się wówczas budowa mechaniczna, staje się ona narzędziem, przestaje być organem. I odwrotnie, skoro w gminie wzrasta świadomość solidarności, wzmaga się także i dążenie do coraz ściślejszego ogranicznego łączenia wszystkich interesów” (B. Limanowski, Socjologja cz.2, Lublin : Gebethner i Wolff, 1919, s. 38-39, dostęp do egz. dzięki serwisowi Otwarta Nauka)

Wystawa, pokaz filmowy, dyskusja w Muzeum Narodowym – piątek 20 stycznia 2012, zachęcam ! Więcej na stronach organizatorów, czyli tutaj i tutaj

A na tym zdjęciu jest rok 2001, Londyn i praca na myjni, bardzo ciekawe i abstrakcyjne doświadczenie. W tej wersji Londyńskiej trudno o lepszą metaforę kapitalizmu: z jednej strony wspaniałe samochody, z drugiej strony wielokulturowe tło migrantów, pracujących za niewielkie stawki. Właścicielem myjni byli dwaj bracia z Kosowa, (sympatyzujący z UCK i posiadający co najmniej hełmy bojowe na zapleczu), którzy byli jednak kapitalistami z ludzką twarzą: przerwy, gwarantowane wyżywienie, flexi czas pracy, sympatyczna atmosfera, kult dobrej roboty. Poza tym znacznie dokładali do naszych pensji, (przychody firmy były zbyt małe, by wystarczyły na wynagrodzenia) zresztą ich działalność była raczej czymś w rodzaju pralni pieniędzy niż źródłem dochodu.

W tym wielonarodowym gronie pracowało się ciekawie, oprócz mnie i Janka Turkowskiego był kolega z Kolumbii, z epizodem z kopalni diamentów. Był kolega Yao z Ghany, nauczyciel akademicki, zdaje się doktor ekonomii, który pytał mnie i Janka  o Lubelszczyznę (cenił literaturę obozową, zwłaszcza Ucieczkę z Sobiboru, a w domu miał małpę). Był czterdziestoletni eks portier z hotelu w Sofii (imienia nie pamiętam, chociaż powinienem, bo wysyłałem mu potem papierosy w kartonie po soku do Londynu), prawdziwa oaza spokoju. Był Egipcjanin Hunny, który miał obowiązkowy wąs i dla którego archeologiczne skarby Egiptu to było rubbish, ale który potrafił dobrze zorganizować pracę i skutecznie radził jak robić i nie umrzeć z przepracowania. Ja odpowiadałem za nabłyszczanie opon specjalnym mazidłem, odkurzanie wnętrza było pracą dla najbardziej doświadczonych, bo i też pod fotelami trafiały się drobne funty, które przypadały w nagrodzie odkurzającemu, który potem cierpliwie wybierał je z worka odkurzacza. Napiwki dzielone były sprawiedliwie, niezależnie od nakładów i doświadczenia. Od paru lat nie mogę się zebrać, żeby to w ramy dramaturgiczne ująć, bo to jest wspaniały materiał na spektakl.

Ciekawy niemiecki film animowany o gentryfikacji, czyli o tym jak pojawienie się w odnawianej dzielnicy artystowskiej Galerii NeuTrend zamiast obskurnego sklepu wujaszka Metina wcale nie musi być fajne (znaleziony na Urbanophil.net).

A tropem finałowej muzyki z tegoż, Berlin w pigułce w wersji John’a Doe 2010 (niemiecki HH, ale trochę w stylistyce Cwaniaka Warszawiaka, tropy zresztą nie mają końca, bo jest tam i Marlene Dietrich w refrenie, co prowadzi nas z kolei do znanego przemówienia Reagana, który tej frazy użył a potem zaraz o rozwaleniu muru dodał itd.)

Człowiekiem Roku 2011 The Time został demonstrant (polskie tłumaczenie „The Protester” jako „protestant” odsyła nas chyba gdzie indziej, może zatem „protestujący”?). Tekst na okładkę nienajgorszy, autorzy dostrzegają szerszy kontekst ruchów społecznych, widzą ciągłość wykorzystywania protestu w przestrzeni publicznej i czują, że trwające w czasie (i przestrzenie :) ) demonstracje mogą być przygrywką do szerszych zmian (rewolucji?).

Może jednak tytuł powinien przypaść nie pojedynczemu „protesterowi”, ale grupom, w których ferment demonstracji dojrzewa. „Krąg dyskusyjny” czy „środowisko” brzmią nieco drewniane, ale to tam hartują się pojedynczy demonstranci. W tym sensie, to co dzieje się podczas powrotu do domu z manify, czy rozmowy jakie się toczą w wolnej chwili podczas okupacji przestrzeni są równie ważne jak momenty napięcia, takie jak walki ze szturmującą Policją.To od siły grup, w których się dyskutuje, zależy siła protestu. Czy Internet zastąpi zadymioną kawiarnię?

Jak pisze klasyk P. Rybicki: „Rozgłos, jaki zyskuje jakaś akcja społeczna, lub polityczna, sława choćby przelotna, którą zdobywa sportowiec czy artysta, sukces, który osiąga dzieło sceniczne czy literackie nie wynikają z sumy indywidualnych i niezależnych od siebie zachowań: komunikowane jednym przez drugich wrażenia, głoszone w małych kręgach opinie, toczone wokół nowych zdarzeń, dzieł i osób dyskusje w różnego typu grupach, urabiają zbiorowe postawy publiczności” (P. Rybicki, Społeczeństwo miejskie, W-wa 1972, s. 311).

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.