Miasto cywilizuje naturę: las zamienia w uporządkowany park, świat dzikich zwierząt – w bezpieczny ogród zoologiczny, górskie skały – w ściany wspinaczkowe, a rzekę w wybetonowane, dobrze strzeżone kąpielisko. Bezpieczeństwo i kontrola to obsesja miasta. Nie wszyscy jednak poddają się cywilizacyjnym nawykom – we współczesnych metropoliach (zwłaszcza w naszej części Europy) są ludzie, którzy żyją poza bezpieczną cywilizacją. Nie dają się oswoić, łowią parkowe karpie, zjadają miejskie łabędzie, koczują w trudno ukrytych przestrzeniach, palą ogniska, szukają wody, walczą o przetrwanie. Kiedy myślimy o „miejskich dzikich” przychodzą nam namyśl zwykle bezdomni, ale nie tylko oni potrafią obywać się bez mieszczańskiego gorsetu i komfortu. Inni znani nam „dzicy z naszej ulicy”, (jak pisała Barbara Fatyga) to młodzież i dzieciaki. Przecierają szlaki dzikich kąpielisk, wyprzedzają dorosłych w ucieczce nad wodę nieoswojoną. Są wszędzie: nad miejskimi stawami, gliniankami, rzekami, nawet na terenach poprzemysłowych, nieważne, że woda jest brudna, głęboka, niebezpieczna.  Trzeba wejść do wody.

Szczecińskie przykłady I: Golęcino/Gocław, kąpiel w Odrze, źródło: Sebastian Kołodziejczak 2005

Szczecińskie przykłady II: kąpiel w fontannie na przeciwko UM, źródło: Głos Szczeciński

Advertisements