You are currently browsing the monthly archive for Grudzień 2010.

Dzisiaj będzie o książce, którą nabyłem już jakiś czas temu, ale dopiero teraz jest okazja żeby ją zareklamować. Otóż dwie autorki: Lisa Rienermann i Anke M. Leitzgen napisały świetną rzecz o mieście odkrywanym przez dzieciaki. Jest to wspaniała rzecz wyjaśniająca jak działa miejski ekosystem, kultura w mieście, gmina miejska i wiele innych miejskości, urbanizmów i miastolocji. Ta książka to coś znacznie więcej niż przewodnik po atrakcjach i ciekawostkach . Nie zapomina się tutaj o sprawach polityki i udziału mieszkańców w jej tworzeniu. Jest tu np. sporo fajnych wzorów naklejek, które dzieciaki mogą wklejać w miejscach, które im się nie podobają (bo są niebezpieczne, zdewastowane) – po to, by zwrócić uwagę władz na istniejące problemy. To pierwsza lekcja obywatelskiego sprzeciwu i nauka wyrażania własnego zdania w przestrzeni publicznej.Są też porady dla młodych ekopartyzantów.

Tutaj można obejrzeć stronę jednej z autorek wraz z wybranymi fragmentami książki (przewijanie w poziomie)

Reklamy

Poszukałem bardziej i okazuje się, że ofensywa w sprawie działek nabrała tempa. Jeszcze w połowie listopada ukazał się pokontrolny raport NIK-u, dotyczący właśnie ogrodów działkowych. Mowa jest tam m. in. o „braku kontroli nad PZD”, nieformalnym osadnictwie, zanieczyszczeniu środowiska ściekami z szamb, samowolach budowlanych. Czy ten raport to oręż w walce o prywatyzację działek, czy tylko – w to chciałbym wierzyć – troska o uporządkowanie istniejących problemów?

Raport i info do obejrzenia tutaj

Jakiś czas temu napisałem w jednym z tekstów, że mieszkanie na działkach to jedyna w naszym kraju alternatywa dla systemu mieszkalnictwa socjalnego. Z całą pewnością ogrody działkowe to miejsce zimowego przeżycia dla wielu bezdomnych (na ten temat była audycja Grażyny Górkiewicz w PR Szczecin, do posłuchania tutaj).  To tylko jeden z powodów, dla których staję w obronie działek. Sami działkowcy dobrej prasy nie mają, bo „blokują miejskie inwestycje”, bo to „relikt komuny”  itd. Każdy kto jest w opozycji do wolnego rynku ma przechlapane.

Mam też świadomość, że dyskusja o prywatyzacji ogrodów działkowych i likwidacji Polskiego Związku Działkowców to dyskusja polityczna – co jakiś czas pojawiają się działania zmierzające do uwłaszczenia użytkowników ogrodów działkowych, ktoś tam staje w obronie pokaźnego elektoratu działkowców i mamy konflikt polityczny. Mam jednak wrażenie, że politycy broniący działkowców często traktują ich jako zasób, który można wykorzystać do zdobycia poparcia. Rzadziej słyszymy głosy broniące prawa obywateli do wybranego przez siebie stylu życia. Działka dla wielu osób, mieszkających blokach czy kamienicach (nie tylko tych starszych) to możliwość uprawy ogrodu, ziemi, powrót do rolniczych korzeni (z których my wszyscy…).   To jest wartość nie dająca się przełożyć na hektary.

Nie jestem jednak obrońcą fanatycznym, warto też wysłuchać argumentów zwolenników prywatyzacji. Rzeczywiście, działki funkcjonują jako rozbudowany, pozbawiony kontroli mechanizm. W miastach znajdują się znaczne obszary, na które władze miejskie praktycznie nie mają wpływu – procedury przejęcia terenów ogrodów działkowych są skomplikowane i wiążą się dużymi kosztami. Znamy poza tym rzeczywiste przypadki blokowania terenów inwestycyjnych przez działkowców.

Ale to, co jest przez zwolenników prywatyzacji działek traktowane jako ich największa wada, jest w mojej ocenie największą zaletą. Może jednak warto chronić obszary miast z określonym, niekomercyjnym przeznaczeniem, które są wyłączone z reguł kapitalistycznej gry. Oczywiście, w sektor działek także wkraczają prawa wolnego rynku – działka, która nie jest własnością w sensie ścisłym, jest przedmiotem obrotu. Za tzw. odstępne możliwe jest przekazanie prawa do użytkowania działki w Rodzinnym Ogrodzie Działkowym innej osobie. Istnieją rozmaite bariery zapobiegające spekulacji działkami rekreacyjnymi (m.in. ograniczenie do posiadania jednej działki przez jednego członka ROD), choć w praktyce trudno sprawdzić czy te bariery działają.

Niezależnie od tych wątpliwości, działka to jeden z ostatnich wyjątków od reguły „przestrzeń to pieniądz”, może nawet ostatni bastion, broniący się przed miejskim kapitalizmem

Pierwszy raz o studentyfikacji opowiadała mi Patrycja Bielawska-Roepke (pozdrowienia!), w kontekście Drezna, gdzie jedna z gorszych dzielnic zmieniła swoje oblicze (na pewno na bardziej kolorowe), kiedy udało się ją uczynić miejscem zamieszkania studentów. Ostatnio w Polsce słychać było o przemianach na krakowskim Pogórzu, czy wcześniej Kazimierzu, który zmienił się dzięki obecności studentów (nawet jeśli tylko w celach imprezowych). Studenci „lubią” pomieszkiwać w gorszych dzielnicach, gdzie czynsz jest tańszy – było już zresztą o tym u klasyków z Chicago (w opisie strefy przejściowej, gdzie jak pamiętamy współzamieszkują robotnicy, podejrzane typki, migrancki margines i studenci właśnie). Co studentyfikacja jest alternatywą dla ponurego schematu gentryfikacji, w którym „biedni i ładniejsi” wypierają „biedniejszych i brzydszych”?

Najprościej rzecz ujmując studentyfikacja to dająca się uchwycić w miarach ilościowych koncentracja osób studiujących w przestrzeni miasta (także w akademikach). Ale rzecz nie tylko w kategoriach ilościowych, ile w obecności studentów w przestrzeni kulturalnej (ale nie tylko w Juwenalia). Zauważalne „promieniowanie” kreatywności studentów nie jest czymś co łatwo zmierzyć, ale z całą pewnością istnieją widzialne przejawy kultury studenckiej, które mogą być wskaźnikiem studentyfikacji. Zainteresowanych odnową miast, szczególnie ciekawi, czy obecność  studentów w jakiejś części miasta może wspierać procesy rewitalizacji? Zanim jednak nasz zachwyt nad studentyfikacją wyprzedzi zdrowy rozsądek, warto wskazać na najistotniejsze wątpliwości:

– czy rzeczywiście istnieje dzisiaj w Polsce „kultura studencka” na tyle różna od kultury popularnej, by stanowić nową, zauważalną w przestrzeni jakość? Czy studenci są zainteresowani przemianą przestrzeni wokół siebie? Czy w ogóle są obecni w przestrzeni publicznej, czy może raczej „zamykają się” w sferze prywatnej?

I wreszcie Szczecin, który jest dobrym przykładem dla sceptyków wątpiących w studentyfikację, z wielu powodów: przestrzennego rozproszenia uczelni i kampusów (czy w ogólne istnieją?), krótkiej tradycji akademickiej, tajemniczej niewidzialności studentów itd.

Dla zainteresowanych tematem króciutki artykuł o studentyfikacji tutaj i dłuższy tutaj