You are currently browsing the monthly archive for Luty 2011.

(Na fotografii: Kijów, Улица Институтская).

Im większe nierówności, tym większy popyt na dobra luksusowe , zwłaszcza „łatwe do odczytania” takie jak samochody. Samochód jest czytelniejszym znakiem prestiżu niż na przykład garnitur od znanego projektanta: nieliczni znają się na markowych tkaninach, a marki samochodów umieją rozpoznawać już dwulatki. Subtelność znaku nie ma tutaj znaczenia, liczy się zasięg oddziaływania. To dla kupujących wielkie auta jest sprawa kluczowa, każdy może wejść do gry w „ja wiem, że oni widzą, kim jestem, bo mam to auto”. Paradoksalnie, ten znak statusu pozwala przekraczać inne bariery klasowe – sposób zarabiania, wykształcenie, kapitał kulturowy nie mają znaczenia: auto można nowe za gotówkę, albo sprowadzić z Niemiec, kupić na kredyt, pożyczyć, posiadać kosztem jedzenia i innych przyjemności. Pisali już o tym Helen i Robert Lynd w latach 30-tych w studium „Middletown” , kiedy to rodziny robotnicze miasteczka Muncie zadłużały się, by kupić Forda. Prof. Edward Włodarczyk w „Dziejach Szczecina” (t. III, 1994) pisze, że w przedwojennym Szczecinie, mieście nienajbogatszym delikatnie rzecz ujmując, popyt na auta stale wzrastał, najsilniej w latach kryzysu (w latach 1927-1934 liczba samochodów zwiększyła się trzykrotnie). Może zatem liczba SUV-ów na ulicach to lepszy wskaźnik społecznego rozwarstwienia niż indeks Giniego?

Reklamy

„Fragment Rynku Starego Miasta podczas niezidentyfikowanego festynu z udziałem budowniczych Starego Miasta. Widoczni robotnicy oraz dzieci obserwujący na scenie kobietę podczas pokazu gimnastycznego. Na dalszym planie widać kamienice po stronie Barssa i Zakrzewskiego z ustawionymi rusztowaniami. Widok ze sceny”.

Warszawa, 1953, Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Autor: Zbyszko Siemaszko; Sygnatura NAC: 51-545-6

 

Kultura się liczy. Jeśli oczywiście istnieje pole dla niej pole, jeśli artyści nie są traktowani jako „zbędni dziwacy” (mimo wszystko lepiej być „użytecznym idiotą” niż „zbędnym dziwakiem”). Wiele wskazuje na to, że w Szczecinie takiego pola dla sztuki nie będzie, a piszę to w związku z planowaną (?) likwidacją ESK 2016. Nie chodzi o to, że wraz z likwidacją ESK 2016 znikną artyści, ale że zmienia się (na coraz gorsze) kurs władz miasta wobec kultury w mieście. Pojawiła wraz z ESK 2016 się szansa na profesjonalizację kultury w mieście, na bycie prawdziwą kulturalną stolicą regionu, no i wiele wskazuje na to, że wyszło jak zwykle. Tu chyba będzie największa zmarnowana praca: nad zmianą sposobu myślenia o kulturze, także ludzi którzy się nią zajmują.

W Szczecinie jest niedobrze, to wiemy. Już prawie udało się przekonać ludzi do tego, że kultura może być motorem wzrostu, że potrafi odtworzyć gasnący kapitał społeczny i znowu wróciły tradycyjne gry i schematy: myślenie w kategoriach „placówek”, „likwidacji”, kultura jako artystyczne fiubździu itd. Oczywiście nie jesteśmy jedyni po porażce starań o tytuł ESK (np. w Poznaniu jest niezła anarchistyczna jazda, do poczytania: tutaj) z takimi problemami), ale u nas i bez tej porażki jest ciężko…

W jednym z październikowych postów krótko pisałem o tym, że język mówienia o mieście jest barierą, która ma moc wykluczania zwykłych mieszkańców z dyskusji.  Dużo więcej na ten temat pisze Rafał Drozdowski, w artykule pt. „Poprawianie miejskiej przestrzeni publicznej” (Przegląd Zachodni 2010/3). Drozdowski przekonuje m. in., że rozmowa o przestrzeni publicznej staje się „ekspercka”, przeładowana teorią, fachowym słownictwem itd., jednocześnie wykluczając potoczne rozumienia. Dodałbym od siebie, że w debatach, do których czasem się socjologów i innych miasto-znawców zaprasza, lepiej używać takich pojęć jak : ”miejsca, w których jesteśmy razem”, „miejsca przyjazne”, „miejsca spotkań z innymi”, które nie mają naukowej precyzji, ale na pewno są lepiej zrozumiałe i oddają sens tego, czym się zajmujemy. Co na temat przestrzeni publicznej maja najlepsi „antyeksperci” czyli dzieci, do poczytania w jednym ze starych numerów Autoportretu