(Na fotografii: Kijów, Улица Институтская).

Im większe nierówności, tym większy popyt na dobra luksusowe , zwłaszcza „łatwe do odczytania” takie jak samochody. Samochód jest czytelniejszym znakiem prestiżu niż na przykład garnitur od znanego projektanta: nieliczni znają się na markowych tkaninach, a marki samochodów umieją rozpoznawać już dwulatki. Subtelność znaku nie ma tutaj znaczenia, liczy się zasięg oddziaływania. To dla kupujących wielkie auta jest sprawa kluczowa, każdy może wejść do gry w „ja wiem, że oni widzą, kim jestem, bo mam to auto”. Paradoksalnie, ten znak statusu pozwala przekraczać inne bariery klasowe – sposób zarabiania, wykształcenie, kapitał kulturowy nie mają znaczenia: auto można nowe za gotówkę, albo sprowadzić z Niemiec, kupić na kredyt, pożyczyć, posiadać kosztem jedzenia i innych przyjemności. Pisali już o tym Helen i Robert Lynd w latach 30-tych w studium „Middletown” , kiedy to rodziny robotnicze miasteczka Muncie zadłużały się, by kupić Forda. Prof. Edward Włodarczyk w „Dziejach Szczecina” (t. III, 1994) pisze, że w przedwojennym Szczecinie, mieście nienajbogatszym delikatnie rzecz ujmując, popyt na auta stale wzrastał, najsilniej w latach kryzysu (w latach 1927-1934 liczba samochodów zwiększyła się trzykrotnie). Może zatem liczba SUV-ów na ulicach to lepszy wskaźnik społecznego rozwarstwienia niż indeks Giniego?

Reklamy