Jeśli ktoś proponuje zmianę oczywistych reguł miejskiego życia, to zwykle jest to warte uwagi i dziś będzie o urban olympic games. Podobieństwo do „prawdziwych” sportów w niesportowej scenerii to podstawa miejskich igrzysk olimpijskich. Ich zawody nie są tak powszechne i tak zinstytucjonalizowane jak parkour, ale też można na nie patrzeć, jak na formę kontestacji. W sumie bezpiecznej, bo w mieście istnieje przyzwolenie na dziwactwo i eksces. Jak wiadomo, chodnik nie służy do chodzenia! Podobnie jak deskorolkarze opisywani przez Bordena, miejscy olimpijczycy wprowadzają swoje alternatywne reguły korzystania z miasta. Ale w odróżnieniu od fanów deski, nie mieszczą się w głównym nurcie miejskich sportów (razem z biegaczami, czy grającymi w street basketball), ich sport nie jest „prawdziwy”, to raczej eksces i wygłupy, niż „szlachetna rywalizacja i walka z samym sobą”. Wszystkie te ważne i mądre rzeczy które słyszymy od komentatorów sportowych nie bardzo przystają do urban olympics, zresztą połączenie metasportowego patosu i dziwnych dyscyplin zawsze daje efekt komiczny. A zatem w ramach początku wiosny:

 

 

Reklamy