Znowu będzie o pożywieniu, trochę w nawiązaniu do dyskusji przy okazji ostatniego wpisu. Ponieważ sporo się mówi o konieczności przybliżania produkcji żywności do miasta, uprawach warzyw na dachach domów (ładny film o urban farming tutaj), warto zastanowić się nad realnymi możliwościami jedzenia innego niż zielenina, w sytuacji, gdyby miasto musiało zatroszczyć się samo o siebie. Obojętnie – z powodu kryzysu ekonomicznego, czy jakiegoś wielkiego disaster.

Oczywiście najpierw myślę (jak zwykle?) o ogrodach działkowych, które jeśli bieda nas przyciśnie, podobnie jak w czasach socjalizmu, będą podstawowym źródłem dodatkowych dochodów Polaków i miejscem pozyskiwania żywności. Oczywiście, są wątpliwości, co do skażenia upraw z niektórych miejskich działek, ale mówimy o sytuacjach ekstremalnych. W każdym razie działki to myślowa droga na skróty, to oczywiste, że to tam będziemy chodować trzodę, kury i bydło.

Czy są inne możliwości? Gdzie jeszcze szukać zwierząt do zjedzenia? Przecież w miastach wciąż sporo ptactwa (niektóre słabo jadalne: łabędzie, gołębie), okołoleśnej dziczyzny (sarny, zające, berlińskie króliki). Póki co jednak polowanie w masowych celach konsumpcyjnych na zabłąkane dziki nie wchodzi w grę, ale park zawsze stwarza możliwość wydzielenia zagrody hodowlanej. Na wzór plantacji kóz eksperymentalnych i strusi dawnej AR, dzisiejszego ZUT.

Trzymanie zwierząt w przydomowych szopach i garażach zaadoptowanych na kurniki i chlewiki było rzeczą normalną do 1989 roku, zwłaszcza na obszarach podmiejskich, gdzie życie wiejskie i miejskie trudno od siebie odróżnić. Dzisiaj już nie ma w mieście zwierząt ubojnych hodowanych przez pojedynczych mieszkańców domów jednorodzinnych, bo inne czasy, inne sposoby pozyskiwania żywności itd. Ale skoro są mody na warzenie piwa w domowej piwnicy, może zatem pojawić się moda na domowy ubój prosiąt.

Wizje apokalipsy są wspaniale niezobowiązujące, ja już widzę w ramach zbliżających się Świąt stada kur przechadzające się między blokami i masowy odstrzał parkowych zajęcy. A o tym, że nie jest to żaden odjazd z mojej strony, niech nieco dowiodą teksty tutaj i tutaj (gdzie zawarto zupełnie na serio porady, jak nabyć owcę, świnię, kaczkę i jak je hodować na własnym ogródku). A także na stronach dedykowanych miejskim kurom: tutaj i tutaj.Kto nie wierzy w realność takiej hodowli, niech poszuka hasła urban farming w sieci i się przekona, że to coś znacznie poważniejszego niż tylko trzymanie urban pets w zaciszu mieszkania. Alleluja!

Reklamy