Nawet w trudnych latach 80-tych (o ile jeszcze pamiętam lata osiemdziesiąte), kiosk był dla mnie zawsze niesamowitym miejscem. Magia kiosku wiązała się oczywiście z dostępem do dóbr luksusowych. Nie chodzi mi tylko o przedsiębiorczość kioskarzy w handlu wszystkimi towarami od sprzętu sportowego po artykuły spożywcze („ja tu mięso mam”), ale dostępność do dóbr rzadkich, jakimi były kiedyś tytuły prasowe: zapisy na Fantastykę, odkładanie Na Przełaj do teczek, czekanie na popołudniówkę. Rytuały, które uczyły respektu.

Kioski na wsi miały zdecydowanie gorzej, tym bardziej w głębokim interiorze. Pisał Stasiuk: „We wsi stał kiosk. Gdy w okolicy urzędował komunizm, ten największy szafarz szarości, buda wyglądała jak brudne akwarium, w którym unosiło się kilka szczotek do zębów, trzy rodzaje papierosów i biała znudzona twarz sprzedawczyni. „Gromada”, „Rolnik Polski” pełne były pociech i obietnic. „Dwa bilety na PKS i popularne”. Dwa razy popularne i jeden bilet na PKS”. I zapałki. Ileż kombinacji” (A. Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Wołowiec 2008).

Jeśli przyjmiemy za Markiem Krajewskim, że wyznacznikiem uczestnictwa w kulturze jest społeczny obieg (mówienia o kulturze i dzielenia się kulturą), to kiosk z gazetami był instytucją kultury. Dzisiaj czytanie prasy przestało decydować o kapitale kulturowym, ale magia kiosku wciąż istnieje. Wystarczy spojrzeć na wybór zabawek, niedostępnych nigdzie indziej.

Kolejka przed kioskiem „Ruchu” Polskiego Towarzystwa Księgarni Kolejowych. Gdynia 1934, Syg. NAC: 1-G-5613-2

Advertisements