A na tym zdjęciu jest rok 2001, Londyn i praca na myjni, bardzo ciekawe i abstrakcyjne doświadczenie. W tej wersji Londyńskiej trudno o lepszą metaforę kapitalizmu: z jednej strony wspaniałe samochody, z drugiej strony wielokulturowe tło migrantów, pracujących za niewielkie stawki. Właścicielem myjni byli dwaj bracia z Kosowa, (sympatyzujący z UCK i posiadający co najmniej hełmy bojowe na zapleczu), którzy byli jednak kapitalistami z ludzką twarzą: przerwy, gwarantowane wyżywienie, flexi czas pracy, sympatyczna atmosfera, kult dobrej roboty. Poza tym znacznie dokładali do naszych pensji, (przychody firmy były zbyt małe, by wystarczyły na wynagrodzenia) zresztą ich działalność była raczej czymś w rodzaju pralni pieniędzy niż źródłem dochodu.

W tym wielonarodowym gronie pracowało się ciekawie, oprócz mnie i Janka Turkowskiego był kolega z Kolumbii, z epizodem z kopalni diamentów. Był kolega Yao z Ghany, nauczyciel akademicki, zdaje się doktor ekonomii, który pytał mnie i Janka  o Lubelszczyznę (cenił literaturę obozową, zwłaszcza Ucieczkę z Sobiboru, a w domu miał małpę). Był czterdziestoletni eks portier z hotelu w Sofii (imienia nie pamiętam, chociaż powinienem, bo wysyłałem mu potem papierosy w kartonie po soku do Londynu), prawdziwa oaza spokoju. Był Egipcjanin Hunny, który miał obowiązkowy wąs i dla którego archeologiczne skarby Egiptu to było rubbish, ale który potrafił dobrze zorganizować pracę i skutecznie radził jak robić i nie umrzeć z przepracowania. Ja odpowiadałem za nabłyszczanie opon specjalnym mazidłem, odkurzanie wnętrza było pracą dla najbardziej doświadczonych, bo i też pod fotelami trafiały się drobne funty, które przypadały w nagrodzie odkurzającemu, który potem cierpliwie wybierał je z worka odkurzacza. Napiwki dzielone były sprawiedliwie, niezależnie od nakładów i doświadczenia. Od paru lat nie mogę się zebrać, żeby to w ramy dramaturgiczne ująć, bo to jest wspaniały materiał na spektakl.

Advertisements