Zwykle uważa się, że gwałtowne formy protestu realizowane są przez młodych i wykluczonych (prekariat), ale okazuje się, że swoje niezadowolenie w sposób wrzaskliwy mogą demonstrować także ci, którzy posiadają spore zasoby i którzy mają 50 i więcej lat. W 2010 niemieckim słowem roku był Wutbürger, zbiorowy bohater tekstu zamieszczonego w Der Spiegel. To mieszczanin, który wybucha, bo doświadcza frustracji związanej z określonymi decyzjami politycznymi. Jest starszy, wykształcony, dobrze uposażony i raczej pośrodku w swoich poglądach, ale przede wszystkim potrafi być (co nie znaczy, że taki jest ciągle) wściekły na arbitralność decyzji władz lokalnych.  Zaczęło się od protestu przeciw nowej stacji kolejowej w Stuttgarcie, gdzie na demonstracjach można było zobaczyć więcej siwych głów niż zwykle (2/3 uczestników miało więcej niż 46 lat).

Zdefiniowany najpierw jako termin w publicystyce, doczekał się już pierwszych socjologicznych i psychologicznych opracowań. W Hamburgu w lokalnej gazecie zamieścili nawet mapkę z zaznaczonymi dzielnicami, w których wkurzeni mieszczanie protestują. Zjawisko to ciekawe, ponieważ pokazuje zupełnie nowe oblicze politycznego środka i tych segmentów struktury, które zwykliśmy uważać za zadowolone z życia. Ale też Małżonka moja twierdzi, że to tradycja ‘68 roku i wyrzut sumienia, że od złotych lat protestu Wutbürgerzy zajęci byli zarabianiem pieniędzy. I teraz przypomnieli sobie o obywatelskich obowiązkach (pewnie dlatego przez innych komentatorów są nawet określani jako samolubni przedstawiciele burżuazji np. tutaj). Spory artykuł na ten temat w Wikipedii (po niemiecku) i w New York Times. (podziękowania dla Sary Braun z biura Angewandte Sozialforschung, która mi o tym opowiedziała!)

Reklamy