voiceJest już kilka kolejnych podsumowań „roku budżetu obywatelskiego”, kolejna fala dotarła do miast stołecznych. Pisali te podsumowania m. in. L. Mergler, J. Erbel i M. Czujko. Zdanie J. Erbel jest mi chyba najbliższe, bo dla wszystkich (poza małym gronem ekspertów) budżety to szkoła współpracy, szkoła procedur. Najlepiej ten proces widać w zmaganiach Pracowni Obywatelskiej w Krakowie: Przemek Dziewitek zamieszcza na bieżąco relacje z kolejnych etapów wprowadzania budżetu i to jest dobry dokument pracy organicznej nad procedurami.

Nikt z nas, przyglądający się partycypacji nie jest raczej skrajnym idealistą. Budżet niesie zagrożenie wypychania niektórych wydatków do worka partycypacyjnego, daje też pewnie niektórym złudne poczucie wpływu na miejską politykę. Może też dzielić bardziej niż łączyć. Jest też niedobrą okazją do szalonej eksplozji placów zabaw i betonowych parkingów. Ja jestem z tymi, którzy wierzą w proces, a nie tylko efekt końcowy. Praca nad stworzeniem sensownego narzędzia (bo przecież rozwiązań budżetu obywatelskiego jest już chyba kilkanaście) jest celem samym w sobie. To jest prawdziwe rządzenie i podmiotowość, a nie wybudowanie tego czy owego. Ważne, że politycy mają świadomość, że nie są wszechwładni i że pewne rzeczy robili do tej pory źle.

Jest tu podobnie jak z wpływem Watchdogów – chodzi o to, żeby podejmujący decyzje wiedzieli, że ktoś patrzy im na ręce. I choć czasami efektem jest lepsza strategia ukrywania patologii, to najczęściej praca społeczników prowadzi do poprawy jakości rządzenia, większej przejrzystości procedur, mniejszej bezczelności rządzących, nawet szybszych odpowiedzi na maile itd. Nawet jeśli nie zawsze, to tylko ta praca się liczy. Włączajmy się, albo co najmniej kibicujmy.

Reklamy