I jeszcze jeden wpis z mapami. Tradycja szkoły Chicagowskiej, metodologia mapowania zjawisk społecznych i dzisiejsze możliwości techniczne w jednym (więcej map na stronie Socks Studio). Każda kropka to 25 osób, dane na podstawie autoidentyfikacji podczas spisu powszechnego.

Źródło: >>>

Niby nic nowego (i złego), bo „wszyscy wiedzą że” lepiej się mieszka wśród swoich, zwłaszcza jak się nie zna języka. Wszystko z oddali (z Polski, sprzed komputera) wygląda bezpieczniej, za tymi pięknymi kolorami kryją się jednak najpoważniejsze problemy, począwszy od kulturowej stygmatyzacji dzielnic nędzy, dyskryminacyjnej praktyki agentów nieruchomości, polityki przestrzennej sprzyjającegj gettoizacji, po problemy przestępczości, braku pracy, wykluczenia. W tym wypadku ciągłość tradycji jest czymś ponurym: fakt mieszkania w jakimś miejscu ciągle może byc piętnem uniemożliwiającym awans społeczny, mieszkanie w getcie to rodzaj wielopiętrowego wykluczenia, skazania na przemoc, na brak środków do życia.

Fakt przestrzenny jest zawsze faktem społecznym. W naszych „złych dzielnicach” widać to bardzo wyraźnie. Co prawda w Polsce segregacja ekonomiczna nie sumuje się (aż tak) z segregacją etniczną, bo nie jesteśmy tak wieloetniczni jak w krajach Zachodu: nie ma więc „dzielnic mniejszości”, są co najwyżej punkty, enklawy. Ale i nawet one są przeganiane czy stygmatyzowane.

Reklamy