Oprócz tego, że jest to ostatnio nasza ulubiona piosenka, to jeszcze na dodatek (jak zwykle? jak zawsze?) jest jak felieton. To  opowieść o zderzeniu pomiędzy wyobrażonym – światem władzy i realnym – światem wyborców. Tak oto wygląda nasz pogląd na demokrację przedstawicielską (nie tylko w Polsce), co ma swoje odbicie w katastrofalnej frekwencji np. w nadchodzących wyborach

Jakie uczucia budzi powszechnie słowo „radny”? albo „burmistrz”? Mniej więcej takie jak słowo „Norweg” u Polaka który mieszka Norwegii – pogardę wymieszaną z szacunkiem, w dziwnych proporcjach. Radny i prezydent są „darmozjadami” (jak „urzędnicy”) ale i są postaciami wyjątkowymi (jak celebryci), które warto znać, z którymi fajnie byłoby się sfotografować. Chociaż jeśli coś znaczą, to przecież „naszym kosztem” (bo wiemy, że nie mają dobrych intencji, tylko „partyjne interesy”). A sami przedstawiciele instytucji (od posła na sejm do radnego gminy) mają (jeszcze) poważne przekonanie o doniosłości własnej pracy, misji, funkcji z publicznego nadania. Są niezmiernie ważni, mają kłopotów sto, zwłaszcza kiedy rządzą krajem, a nie tylko powiatem. Ale mało kto wierzy, że prezydent „na tapczanie siada strapiony”, może jeszcze tylko dzieci. A on sam? Czy jeszcze istnieje, czy – jak Prezydent Kraju – jest tylko iluzją, hologramem?

Bez tytułu, aut. Marcin Maciejowski, olej na płótnie, 54×40 cm

Reklamy